Od dziesięciu lat układam programy dla kobiet, które wracają do ruchu po długiej przerwie. W tym czasie przeliczyłam ponad sto umów z klubami fitness i prowadziłam setki dzienniczków treningowych. W tych dzienniczkach widziałam podobny wzorzec: kobieta kupuje karnet, chodzi trzy razy w tygodniu przez trzy tygodnie, potem jedna nadgodzina w pracy rozbija plan, a w kolejnym miesiącu klub widzi ją tylko przy odbiorze karty.

Na konsultacji nie pytam od razu o cel. Na początku rozmawiamy o porze wstawania, o tym, o której kończy się praca, i o planie B na wypadek choroby dziecka. Z tych odpowiedzi liczę, ile godzin tygodniowo naprawdę zostaje na trening. Jeśli wynik schodzi poniżej dwóch, odradzam zakup karnetu, bo umowa wymaga regularności, a nie chwilowego zapędu. Kilka moich klientek rozwiązało problem, wybierając klub z dogodnymi godzinami otwarcia, na przykład www.lady-fit.pl. Te kobiety trenowały przed zmianą w pracy. Cena okazała się mniej ważna niż dostępność o poranku.

Dlaczego liczę tygodnie, a nie dni

Plan, który zakłada 60 minut dziennie, brzmi poważnie. W skali roku daje to 365 godzin, ale tylko pod warunkiem, że nie ma ani jednej przerwy. W dzienniczkach moich klientek wygląda to inaczej: po trzech tygodniach regularnych treningów pojawia się tydzień zerowy, potem dwa treningi, potem znowu przerwa. Taki rytm powtarza się u większości osób trenujących na własną rękę. Dlatego układając plan, mnożę intensywność przez liczbę tygodni, w których kobieta realnie dotrze na trening. Trzydzieści minut trzy razy w tygodniu przez czterdzieści tygodni daje sześćdziesiąt godzin ruchu. Dwie godziny raz w tygodniu przez dziesięć tygodni dają dwadzieścia godzin, a potem przychodzi zniechęcenie. W takiej sytuacji układam plan z krótszych, częstszych sesji, bo one dają większą szansę na utrzymanie rytmu.

Cena jednej wizyty liczona po roku

Karnet za 200 złotych miesięcznie wydaje się tani. Ja liczę inaczej. W umowach, które przynoszą mi klientki, wyliczyłam średnią 38 wejść w pierwszym roku. Przy 12 płatnych miesiącach jedna wizyta kosztuje wtedy nie 25 złotych, a ponad 63. Do tej kwoty dodaję dojazd. Przy 7 kilometrach w jedną stronę, spalaniu 8 litrów na 100 kilometrów i cenie paliwa 6 złotych przejazd w obie strony kosztuje około 7 złotych. Trzydzieści osiem wizyt to 266 złotych. Do tego dochodzi 25 minut w samochodzie za każdym razem, czyli 16 godzin rocznie w drodze. Gdy widzą ten rachunek, część klientek zmienia klub na bliższy, część przenosi trening na dni, kiedy i tak jeżdżą w tamtą stronę.

Automatyczne przedłużenie i data, o której nikt nie pamięta

W umowach, które przeglądam, automatyczne przedłużenie na kolejny rok bywa standardem. Klub przedłuża umowę, jeśli nie dostanie wypowiedzenia na 30 dni przed końcem okresu. Jedna z moich klientek zapłaciła za sześć miesięcy, których nie wykorzystała, bo wyjechała do rodziny i przegapiła termin. Regulamin pozwalał na zamrożenie karnetu, ale nie na zwrot, więc straciła 1200 złotych. Od tamtej pory przy każdej umowie, którą wspólnie analizujemy, wpisujemy datę wypowiedzenia do kalendarza na rok do przodu. Radzę to zrobić jeszcze przed pierwszym treningiem, w dniu podpisania umowy.

Kiedy rezygnacja z karnetu ma sens

Nie każdy klub pasuje do każdej kobiety. Gdy klientka chce zerwać umowę, nie namawiam jej do trwania za wszelką cenę. Najpierw sprawdzam, co dokładnie przeszkadza. Jeśli problem leży w porze zajęć, rozmawiamy o zmianie grafiku. Jeśli w atmosferze, pytam o tłok, kolejki do maszyn i prywatność. Jedna z kobiet, która unikała strefy wolnych ciężarów, przeszła do klubu kobiecego i wróciła do treningu siłowego po ośmiu latach przerwy. Inna zrezygnowała całkowicie, bo nie znosiła przebierania się we wspólnej szatni. Obie podjęły dobrą decyzję, chociaż wyglądały zupełnie inaczej. Dopiero gdy znam powód, potrafię ocenić, czy zmiana klubu cokolwiek rozwiąże.